Birdman: oscarowa psychoanaliza [RECENZJA]

Wszystko wskazuje na to, że Oscara za najlepszy film dostanie „Boyhood” albo „Birdman”. Te skrajnie różniące się od siebie dzieła, niosą nadzieję na to, że Akademia Filmowa wreszcie ocknie się po latach marazmu. Szczególnie nietypowym wyborem byłoby wyróżnienie tego drugiego obrazu – autorstwa Alejandro Gonzáleza Inárritu – filmu niepokojącego, dającego szansę na zetknięcie się z ekscentryczną ilustracją ludzkiej psychiki.

Główny bohater filmu – aktor Riggan Thomson – ma za sobą rolę superbohatera Birdmana, która naznaczyła jego artystyczny wizerunek. Epizod ten przyniósł mu niebywałą sławę, choć jednocześnie wrzucił go do kategorii średnio uduchowionego celebryty. Thomson decyduje się postawić wszystko na jedną kartę, by stworzyć dzieło, dzięki któremu widzowie zapomną o Człowieku-Ptaku i dostrzegając niekwestionowany talent aktora, odkryją go na nowo.

Nie ma wątpliwości, że obsadzenie w głównej roli Michaela Keatona to nie przypadek. Ten wcielił się przecież niegdyś w postać Batmana („Powrót Batmana” reż. Tim Burton) i właśnie dzięki tej roli osiągnął szczyt swojej popularności. Zresztą cały film Inárritu obfituje w zgrabnie uwypuklone osobiste doświadczenia Keatona. Dodaje to jego kwestiom niepokojącej wiarygodności, która pozwala podejrzewać, że wiele z przedstawionych w „Birdmanie” rozterek towarzyszyło mu w rzeczywistości. Ten mechanizm doskonale współgra z narracyjną częścią filmu, w której sfery fikcji i prawdy przenikają się w często niezrozumiały dla widza sposób. Wodzeni za nos przez filmową opowieść, nierzadko mamy wrażenie pogubienia się w przenikających się obu tych płaszczyznach. Inárritu cały czas ilustruje ludzką psychikę i wydaje się, że bardzo zależy mu na tym, by widz przez cały seans miał tego świadomość.

Oś filmu opiera się na walce alter ego Thomsona z nim samym. Tłumione skłonności i doświadczenia – skrywane i niwelowane przez wybuchy nerwowości – towarzyszą głównemu bohaterowi właściwie przez cały czas. Zrozumienie istoty tego boju następuje stopniowo z każdą minutą filmu i dopiero pod koniec staje się jasne. Na szczególną uwagę zasługują zmiany w nastroju Thomsona. Te wyznaczają granice toczącej się bitwy i informują widza, która z postaci ukrytych w umyśle bohatera jest w ofensywie, a która rozpaczliwie broni się przed porażką. Obserwowanie na ekranie tego swoistego „przeciągania liny”, powoduje samowładne zapatrzenie i mocno angażuje emocjonalnie. Zatarcie określonych przymiotów osobowości często zagłusza rozsądek, który najpierw staje się demonem i bezwładnym narzędziem, by na końcu skłonić do głębokiej refleksji na temat natury człowieka. Wszystko wyznacza rozstrojona ambicja ludzka, której niezbadany charakter wiruje niczym po sinusoidzie. Cała ta walka ma wydźwięk alegoryczny, dzięki czemu widz ma okazję wpisać w fabułę filmu swoją osobistą historię, po czym poczuć wyraźny impuls, by spróbować ją zgłębić.

Równie angażująca jest techniczna przestrzeń dzieła Inárritu. Absolutnie piorunujące wrażenie wywołuje jedno, nieprzerwane ujęcie kamery, które rejestruje całą akcję niczym genialny rzemieślnik o wyjątkowo pieczołowitym wyczuciu artystycznym. Zabieg ten dodaje filmowi realności i bezpośrednio wskazuje na to, że obserwowana akcja dzieje się w „czasie rzeczywistym”. Połączenie ascetycznej ścieżki dźwiękowej i urzekających inscenizacji z incydentalnie występujacymi blockbusterowymi wstawkami, zapiera dech w piersiach. Film odbieramy niejako „na żywo” i automatycznie rozkoszujemy się jego teatralnością.

Michael Keaton stał się jednym z najlepiej obsadzonych aktorów w historii kina. I tak, zdaję sobie sprawę z wagi tej tezy. Abstrahując od wspomnianej osobistej korelacji aktora z bohaterem filmu, należy podkreślić, że trudno wyobrazić sobie osobę, która w bardziej efektowny sposób szafowałaby humorem, zgrabnie uzupełniając go dramatyzmem. Komiczność Thomsona przeplata się z jego żałosną naturą, a zagrane przez Keatona przejawy gniewu wydają się być doskonałe. Niesłychanie cieszy też wielki powrót Edwarda Nortona, który mimo obsadzenia na drugim planie, kreuje jedną z najlepszych postaci kinowych w tym roku. Świetnie napisane kwestie, wypowiadane są przez niego z gracją i przyjemną „bezczelnością”. Przywołują najlepsze skojarzenia z wybitnymi rolami Nortona w takich filmach jak „Podziemny krąg”, „Rozgrywka” czy „25. godzina”. Bardzo dobrze patrzy się też na Emmę Stone i szczerze mówiąc, całej trójce przyznałbym Oscary za te role.

Gdy dowiedziałem się o dużych szansach oscarowych dla „Birdmana” to przyznam, że byłem nieco zaniepokojony. Uważam bowiem, że od pamiętnego pojedynku „Aż poleje się krew” z „To nie jest kraj dla starych ludzi” z 2008 roku, Oscary przestały wędrować do filmów, które są rzeczywiście najlepszymi dziełami kinematograficznymi danego roku. Akademia od dłuższego czasu patrzy łaskawym okiem na kino mniej zobowiązujące, a już na pewno nie takie, które skłania do głębszych przemyśleń. A takim właśnie filmem jest „Birdman”. Wydaje się zatem, że najbliższa gala oscarowa będzie jedną z najciekawszych ceremonii od lat. Zmierzą się na niej filmy skrajnie od siebie różne: prosta, choć niezwykle mądra historia pt. „Boyhood” w reżyserii Richarda Linklatera i psychologiczny komediodramat „Birdman” – film, który zachwyca i daje możliwość osobistego zetknięcia się z ludzką psychiką.

Tomasz Samołyk

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s