Hobbit, Bitwa Pięciu Armii: Komputer vs. Ork [RECENZJA]

Kiedy zobaczyłem napisy końcowe ostatniej części filmowego „Hobbita”, byłem przekonany, że napiszę najprostszy rodzaj recenzji – wielopunktowy akt żalu i krytykanctwa. Potem wstałem z fotela i tuż za sobą ujrzałem około dwudziestoletnią dziewczynę, która roztrzęsiona, wycierała łzy. Wtedy uświadomiłem sobie, że jednak nie będzie tak łatwo.

„Hobbit: Bitwa Pięciu Armii” zamyka trylogię Petera Jacksona, opisującą przygody grupy śmiałków, której celem jest odzyskanie Samotnej Góry. Wydarzenia z tego miejsca, należącego niegdyś do krasnoludów, stanowią punkt zwrotny filmu. Rozpoczyna się on epizodem, w którym po odzyskaniu ojczyzny, wzburzony smok Smaug dokonuje zemsty na mieszkańcach miasta Esgaroth. Cała opowieść toczy się wokół wątku zjednoczenia sił Śródziemia, których zadaniem jest obrona Samotnej Góry przed legionami orków, zesłanymi przez Saurona.

Podstawową kwestią, jaka nasuwa się po obejrzeniu wszystkich części „Hobbita”, jest próba odnalezienia odpowiedzi na pytanie, do jakiego widza skierowane są to filmy. Myślę, że poważnym problemem całej trylogii jest fakt, że sam Peter Jackson nie odpowiedział sobie na powyższe pytanie. Jest to dostrzegalne szczególnie w pierwszych dwóch częściach („Niezwykła Podróż” i „Pustkowie Smauga”), gdzie dziecinna narracja kłóci się z epizodami skierowanymi do starszego widza. Trzecia część usiłuje wzbudzić sympatię w bardziej dojrzałych kinomanach, choć nagromadzona ilość błahostek i śmiesznostek fabularnych, rozprasza i jego uwagę. Nieuniknione porównania do „Władcy Pierścieni” pozwalają ponadto stwierdzić, że w przeciwieństwie do swojego poprzedniego dzieła, Jackson stworzył epopeję chyba wyłącznie dla fanów fantasy, a być może tylko dla sympatyków zaadaptowanej książki.

„Bitwa Pięciu Armii” ma jawną ambicję, by stać się epickim zakończeniem trylogii. Na ekranie dzieje się znacznie więcej niż w poprzednich częściach. Jednak zbyt duża ilość „efektownych” scen staje się nieznośna i nudna, głównie przez ich… głupotę. Zachowując świadomość tego, że ciężko zarzucać filmowi z gatunku fantasy brak wiarygodności, trudno jednak nie ulec powyższemu wrażeniu. Pamiętacie Państwo scenę z „Pustkowia Smauga” z tańczącym wśród fal, wojującym Legolasem? „Bitwa Pięciu Armii” obfituje w takie momenty. Tym razem, rzeczony elf skacze po kamieniach zawalonego już mostu, a publiczność zamiast czuć napięcie, wybucha śmiechem. Z kolei tytułowy Baggins kładzie kilku orków małymi kamieniami, a Thranduil, nabija na swojego łosia kilku przeciwników i efektownie ścina im głowy. Podobnych momentów jest dużo więcej. Obserwujemy też zbyt często występujące sytuacje rodem z najgorszego „koszmaru z Hollywood”. Mam tu na myśli sceny, typu: „w ostatniej chwili ktoś wyskakuje”, „powiedzmy coś śmiesznego w dziwnym momencie” lub „znajdujemy się w centrum morderczej bitwy, ale chodź, porozmawiajmy o przemijaniu”. Wszystko to otulone jest w masie efektów specjalnych, od których z czasem boli głowa, która chwilę potem, zajęta jest nudą.

Słabością właściwie całej serii są jej bohaterowie, których nakreślono zbyt cienką kreską. Nie wywołują większych emocji (być może poza Smaugiem), a przede wszystkim, niewiele się od siebie różnią. Tytułowy Bilbo Baggins (Martin Freeman) jest wprawdzie sympatyczny, ale przez cały czas wydaje się być właściwie postacią drugoplanową. Raz na jakiś czas, jego waga podkreślana jest przez scenarzystę na siłę i w sposób absolutnie niewiarygodny. Elfy są beznamiętne, krasnoludy nie tak zabawne jak we „Władcy Pierścieni”, a orkowie bardziej przywołują skojarzenia z kitowcami z „Power Rangers”, niż wzbudzają trwogę. W tym kontekście sprawdzałyby się słowa Michela Houellebecqa, iż w dziele najważniejsze są postacie i to one je tworzą. Po trylogii „Hobbita” ciężko o jakimkolwiek bohaterze chociażby porozmawiać, przypomnieć sobie jego intrygujący bądź zabawny tekst, a co dopiero się z nim utożsamić.

Jest to jednak jeden z tych filmów, których nie potrafię ocenić w prostej punktacji. Obraz jest bowiem skierowany do wąskiej grupy widzów, którymi są sympatycy książki lub osoby mające do niej sentyment. Dla Was, drodzy Państwo, „Bitwa Pięciu Armii” będzie niespotykaną i wciągającą historią o lojalności, odwadze i przyjaźni. I nigdy nie dajcie sobie nikomu wmówić, że „Hobbit” jest dla dzieciaków czy miałkich pożeraczy popcornu. To film dla Was.

Widok wspomnianej we wstępie wzruszonej dziewczyny sprawił, iż mimo całej nieprzychylności dla filmu, wierzę, że ta opowieść może dla kogoś wiele znaczyć. Coraz częściej uświadamiam sobie, że nie można ulegać hermetycznej i bezrefleksyjnej krytyce filmu, w oderwaniu od osób, które być może zostaną trafione przez niego prosto w serce. Mówi się o „magii kina”. Trudno o lepszą definicję tego pojęcia, niż właśnie ten przypadek. Ja jestem tylko metaforycznym fanem jazzu, który pochylił się nad dziełem z gatunku reggae. Not in my book.

Tomasz Samołyk

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s