Licentia poetica: Twoja wyśniona randka

Słowo „randka” brzmi dla Ciebie dziwnie zobowiązująco. Wiem, że masz za sobą dużo niemiłych doświadczeń, bo świetnie znam swój męski gatunek. Przestałaś spodziewać się czegokolwiek. Tym bardziej po mnie. Nie znamy się. Masz tysiące powodów, by mi odmówić.

Moglibyśmy spotkać się mimowolnie w autobusie. Ze swoimi ciężkimi od znojów głowami, siedzielibyśmy kilka metrów od siebie. Widzę jak od jakiegoś czasu, wyczerpani i wstydliwie zmęczeni, wpatrujemy się w nieokreślony punkt. Potem zerkamy przez okno tam, gdzie faluje cały ten prześliczny, letni zgiełk. Znosząc uciążliwą liczbę 100 deszczowych dni, czekaliśmy na to słońce z utęsknieniem. Nagle zobaczyłem Cię i przypomniało mi się, że kiedyś się spotkaliśmy. Zacząłem myśleć, że jest to paranoiczna ułuda, a katalog naszych jednostajnych doświadczeń wibruje tylko w mojej wyobraźni. Zauważyłaś mnie i podjęłaś pochopną decyzję. Podeszłaś do drzwi. Ja ruszyłem gwałtownie i szybko stanąłem tuż za Tobą.

Wyszliśmy, a klisza nagle się urwała. Zamieniając z Tobą kilka bezużytecznych zdań grzecznościowych, zobaczyłem w Twoich oczach płomień. On podpowiedział mi, że powinienem przestać czuć się kabotynem. Ciągle nie wiedziałem czy kiedykolwiek się spotkaliśmy, ale przestało mieć to jakiekolwiek znaczenie. Doskonale wiedziałem, że ukrywamy przed sobą pewną wstydliwą słabość. Towarzysko dystansujemy się do amerykańskich komedii romantycznych, a w samotności wypłukujemy sobie przy nich oczy. Z miałkiej tęsknoty do wyśnionych emocji, częstujemy się komercyjną fikcją, po czym gładzimy się z zadowoleniem po brzuchach. Zaprosiłem Cię nad rzękę, bo tam jest tak jak w amerykańskich filmach. Jest koc, kulturalne książki, koszyk z czerwonym winem i soczystymi pomarańczami. To dobrze, że przestało być zobowiązująco. Przyjemnie łechtała moją próżność Twoja radosna twarz.

Sięgnąłem do swojego poczucia humoru i udało mi się być co najwyżej ironiczny. W takim też tonie przysłoniliśmy dotychczasową sielankę i udaliśmy się na tajemnicze spotkanie. Wśród rozlicznych kamienic i lśniących budynków, wybrałem jeden z nich i zaprosiłem Cię do środka. Musieliśmy przyjąć obowiązujące zasady gry. Skorzystaliśmy z wypożyczalni dandysowych kostiumów, w popłochu wybierając kilka z nich. Od stojącego tuż przed wejściem mężczyzny otrzymaliśmy plik kartek i pióro. Od tamtej chwili nie mogliśmy wypowiedzieć żadnego słowa. W aurze przyjemnego niepokoju, przełamywaliśmy ciszę za pomocą krótkich wiadomości tekstowych. Mimo że czuliśmy naturalną bliskość, atmosfera nabrała ekstatycznej gęstości. Zapisywanie słów na kartce pozwalało nam na większą śmiałość. Z iluzji braku konsekwencji naszej nadmiernej szczerości, upajaliśmy się tą grą.

Nagle światła zaczęły się mienić i zmieniły barwę. Nasycony intensywny róż przeplatał się z krwistą czerwienią – symbolem nadchodzących chwil. Rozsiadłem się obok Marie i Francisa. Podnieśliśmy wzrok i z braku dostojnego opamiętania się, wypaliłem całego papierosa i zgasiłem go w żółtej popielniczce. Spójrz na nasze spojrzenia. Czy widziałaś kiedykolwiek coś bardziej wymownego? Wśród migoczących świateł i natłoku absolutnie niewidzialnych wówczas ludzi, patrzyliśmy na Ciebie. Naprawdę doskonale ruszałaś się przy „Pass This On”.

W jawnym jeszcze oszołomieniu – zarówno Tobą jak i wypitym alkoholem – zgasiłem i to światło. Lato byłoby zupełnie bezużyteczne gdyby nie istniały ciepłe noce. Pustki po zmierzchu, tlące się gdzieniegdzie wieczorne aspiracje młodych kochanków i cały ten bezkres poimprezowej beztroski – za to jesteśmy Ci, umiłowana poro roku, nadwymiar wdzięczni. Sięgając najbardziej infantylnych fragmentów mojej niedoskonałej osobowości, wpadłem na pomysł, byśmy położyli się na środku skrzyżowania. Zapytałaś: „A co będzie jeśli nadjedzie samochód?”. „Umrzemy” – odpowiedziałem.

Samochód nadjechał, lecz niestety przeżyliśmy. Nie pozostało nam nic innego, jak iść przed siebie i wypełniać pozostałe zakątki tego uśpionego miasta. W alternatywnej rzeczywistości przedmioty po prostu się pojawiają. I tak, w niejasnych okolicznościach w moich dłoniach nagle pojawiło się ukulele. Natychmiast skorzystałem z okazji i zażądałem powtórki z Twojego ekwilibrystycznego tańca. Uprzedziłem Cię, że nie potrafię śpiewać, po czym w radośnie rozpadającym się akompaniamencie zaśpiewałem „You Always Hurt The One You Love”. Twój taniec był tak rozczulający, że serce pękało mi z każdym Twoim następującym krokiem.

Gdy odetchnąłem, zacząłem opowiadać Ci o czymś nigdy nieuchwyconym. O celu, który polega na odkryciu tych wszystkich uroków naszego przemijającego życia, których w ogóle nie dostrzegamy. Sam nie wiem czy nie przeoczyłem piękna dzisiejszego wieczoru. Nie wiem czy ono przedstawia się w pełnej okazałości, czy przemyka na prędce nie dając o sobie znać. Nie wiem czy objawia się wyłącznie w marzeniach, czy jest mocno stąpającym po ziemi trywialnym kontekstem. Zasugerowałem Ci, że być może zobaczysz je gdzieś między rozterkami głównego bohatera, który odbije w Tobie pragnienia cudownej miłości, bezpowrotnie skończonego dzieciństwa czy prostych nut codziennej melancholii. Bardzo chciałem znać odpowiedzi na te wszystkie pytania. Dlatego bezczelnie, trzymając Cię za dłoń, poprowadziłem Cię do mojego mieszkania. Rozwiesiłem hamak, nalałem dwie szklanki whiskey i na budynku naprzeciwko zacząłem wyświetlać Ci film. Właśnie w ten sposób zwieńczyliśmy ten dzień. Potem tylko wpatrywałem się w Twoje oczy i nieustannie, po cichu, w myślach pytałem: „Gdzie jest to Wielkie Piękno?”.

Tomasz Samołyk

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s