Młodość: Wielkie piękno ocalałych emocji [RECENZJA]

Półka z filmami „większe niż życie” jest zakurzona i nie ma niej zbyt wiele pozycji. Nie wiem czy za wrażliwością i geniuszem Paolo Sorrentino stoi Pan czy Szatan. Przekonany jestem co do jednego: Włoch kładzie kolejne swoje dzieło na poziom filmów absolutnie majestatycznych. Tym razem jest to „Młodość”.

„Ostatni dzień życia” to tytuł artystycznego testamentu jednego z głównego bohaterów – Micka (Harvey Keitel) – podstarzałego reżysera, który w trakcie snującej się opowieści, usiłuje zwieńczyć swoje opus magnum. „Młodość” mogłaby nosić tytuł „Ostatni dzień kina”, gdyż wydaje się, że Włoch stworzył film, w którym chciał zawrzeć niemal wszystko – tak, jakby za chwilę miał skończyć się świat.

Przyjacielem Micka jest Fred (Michael Caine) – legendarny dyrygent. Obaj są zaawansowanymi wiekiem artystami, którzy wyjeżdżają do szwajcarskiego hotelu na wakacje. Tam tworzą główną oś filmu, która polega na permanentnym patrzeniu wyłącznie w jedną stronę: wstecz, w kierunku bezpowrotnie minionej młodości. W zmaganiu się z tą perspektywą „pomagają” im rozmowy i chwile przemilczenia z młodym gwiazdorem z Hollywood, emerytowanym piłkarzem do złudzenia przypominającym Diego Maradonę, Miss Wszechświata, divą, której blask minął niemalże epokę temu, młodocianą prostytutką czy dziwnie niepokojącym… alpinistą-stalkerem.

Mam 26 lat i w kontekście najnowszego filmu Paolo Sorrentino, paraliżują mnie dwie absolutnie niemożliwe do zwalczenia ułomności. Pierwszą z nich jest ogólny ambiwalentny stosunek do krytyki filmowej połączony z nieśmiałością krytykowania mistrza, o którego filmowy geniusz  nigdy się nawet nie otrę. Drugą jest moja… młodość. Wzbudzając w sobie największe pokłady pokory i wyobraźni, „Młodość” jawi mi się jako wyraz przepięknej i ironicznej tęsknoty – i jak zwykle u Sorrentino – podanej w wykwintnej formie, od której każdemu kinomanowi rozświetlają się oczy.

Sorrentino niepotrzebnie przypomniał – tak, jakbyśmy o tym kiedykolwiek zapomnieli – że to on jest mistrzem wizualnym i wulkanem inteligentnych emocji, które gdzieś podskórnie tkwią w każdym z nas. W całym tym artyzmie wykonawczym i akcie uroczego dystyngowania nie zapomniał jednak o najważniejszym: cudownej prostocie opowiadania historii. Rozczarowanym brakiem nieznośnej pretensji, Włoch zaprezentował tytuł najgłośniejszego dzieła głównego bohatera: „Proste melodie”. Sorrentino zdaje się tym samym subtelnie dowieść, że sztuką najwyższą każdego opowiadacza jest wprawianie w zachwyt normalnością.  Wzbudzenie u widza tęsknoty do radości i rozczarowań z rzeczy prozaicznych było i wciąż jest dla niego największym wyzwaniem. Włoch nie dość, że w pełni mu sprostał, to jeszcze doskonale wyważył swoje dzieło między banałem a jasnością przekazu, wyzbywając się najcichszej nuty patetyczności.

„Młodość” bywa jednak – zaledwie prześwitami – zbyt „dosłowna”, co w moim rankingu stawia ten film zaledwie o krok od niedoścignionego geniuszu „Wielkiego Piękna”. Trudno to jednak traktować jako poważny zarzut. Z każdą minutą filmu z niedowierzaniem bowiem uzmysławiałem sobie, że Paolo kolejny raz stworzył dzieło porównywalnie wielkie, a kwestią tylko delikatnie ocenną jest to, który jego film jest bardziej genialny. Dzieła Sorrentino bezsprzecznie stają się papierkiem lakmusowym mojej (i z pewnością nie tylko mojej) subiektywnej wrażliwości. Jego emocje i poczucie estetyki są niemożliwe do nazwania. Rozmawiając z osobą po seansie po prostu wiem, po której stronie rzeki jesteśmy.

Młodość jest przenajświętszym albumem czarno-białych fotografii, spośród których tylko nieliczne przywołują jeszcze żywe wspomnienia, a inne zalane kawą już zaczęły się strzępić. Największy żal wywołują jednak te zdjęcia, które zostały zgubione – usunięte mimowolnie z pamięci, z braku jawnego impulsu każą myśleć, że to właśnie one są najbardziej wartościowe. Gdy upływający czas uzmysławia, że nieodwracalne pejzaże umknęły, niedoskonały mózg uwięziony w zmarnowanym ciele, zwraca się w stronę serca. Wtedy wszystko staje się jasne. Wówczas nabieramy absolutnej pewności: siłą naszego cudownego człowieczeństwa są emocje. To jedyne co mamy i tylko ich nikt nie jest w stanie nam odebrać.

Tomasz Samołyk

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s