Pani z przedszkola: redefinicja komedii polskiej [RECENZJA]

W poniedziałek w Krakowie odbyła się uroczysta premiera nowego filmu Marcina Krzyształowicza pt. „Pani z przedszkola”, który na ekrany kin trafi 25 grudnia. Twórca świetnej „Obławy”, będącej psychologicznym dramatem wojennym, wykonał odważny krok w bok. Jego nowe dzieło to komedia. Nie ma ona jednak wiele wspólnego z tabloidowo-celebrycką „śmiesznostką”. Na szczęście.

Krakowskie kino Kijów Centrum było wczoraj najważniejszym punktem na filmowej mapie Polski. Stało się tak nie tylko z powodu obecności w jednym miejscu jednych z najważniejszych postaci polskiego kina, takich jak Marian Dziędziel, Adam Woronowicz czy Marcin Krzyształowicz, który wyrasta na najjaśniejszą postać wśród „nowych”, rodzimych reżyserów. Wczoraj w Krakowie, po pierwszy od wielu lat, pokazano film, który odczarował polski, komediowy marazm.

Johann Wolfgang von Goethe powiedział niegdyś, że prawdziwego mistrza poznaje się w ograniczeniach. Kiedy dowiedziałem się, że twórca przejmującej „Obławy” zdecydował się na nakręcenie filmu komediowego to uznałem, że Pan Marcin albo jest reżyserem niesłychanie inteligetnym albo postanowił mrugnąć okiem w stronę widza mainstreamowego, by uczknąć nieco jego sympatii i… pieniędzy. Okazało się, że Krzyształowicz w pełni odnalazł się w komediowej formie i co więcej, nadał jej nowe znaczenie. Jakkolwiek absurdalnie to zabrzmi, jego nowe dzieło nie jest skierowane do fanów polskich komedii. I jest to tego filmu największa zaleta.

„Pani z przedszkola” to historia zwykłej rodziny, której spokojny byt zakłóca piękna i hipnotyzująca przedszkolanka (Karolina Gruszka). Działania opiekunki powodują, że rodzice postaci, która w napisach końcowych określana jest jako „Ja”, redefiniują najistotniejsze wartości swojego życia. Z nieukrywanym zdziwieniem odkrywają, że przez większość lat swojego małżeństwa niewiele o sobie wiedzieli. Stają przed ponowną walką o swoją miłość i tak naprawdę odpowiadają sobie na pytanie, czym ona właściwie jest. Nerwowy i „pospolity” ojciec (świetny Adam Woronowicz), spędza mnóstwo czasu nad swoją pasją, którą polega na konstruowaniu latawców. Jego małżonka (Agata Kulesza) jest postacią zgoła odmienną. Przez swoją melancholijność wydaje się być przeciwieństwem męża, a jednocześnie doskonałym jego uzupełnieniem. Oś filmu oparta jest na interesującej i nowatorskiej konwencji, która polega na tym, iż dorosły już „Ja” opowiada o swoim dzieciństwie terapeucie (całkowicie inny niż u Smarzowskiego, Marian Dziędziel). Przez niemal cały czas obserwujemy złożone perypetie małego, a potem dorastającego chłopca, którego losy opowiadane są z perspektywy dojrzałego mężczyzny, borykającego się ze… zbyt wczesną ejakulacją. Jego ambicją jest rozwiązanie swojego problemu. Dzięki radom terapeuty wyruszamy w długą podróż w przeszłość, skąpaną w oparach absurdalnego humoru i zaskakujących zwrotach akcji. Historia ta, z gatunku tych „nie do opowiedzenia”, do jednego widzia trafi w pełni, a innego ominie szerokim łukiem. Odmęty złożonego scenariusza mogą u niektórych wywoływać wrażenie odpychającej nierealności czy wręcz „wymuszonej” konwencji. Z drugiej jednak strony – i ja się do tej grupy widzów zaliczam – potrafią pochłonąć i zauroczyć pewnego rodzaju realizmem magicznym, który we mnie przywoływał miłe skojarzenia z genialnym „C.R.A.Z.Y.” w reżyserii Jean-Marca Vallée. Niezaprzeczalne jest jednak to, że ta polska komedia wreszcie niesie ze sobą głęboką treść. Jakże rzadka to okoliczność, móc chociażby dywagować o emocjonalno-intelektualnej sferze w tym gatunku. Tutaj filmowi Krzyształowicza zdecydowanie bliżej do wczesnych dzieł Marka Koterskiego, niż do tego całego tałatajstwa z rolami jednego z dwóch znanych, „śmiesznych”, polskich aktorów.

„Pani z przedszkola” zasługuje na najwyższe wyróżnienie również ze względu na nowatorską formę. Ośmielam się stwierdzić, że przedstawiona warstwa wizualno-stylistyczna to rzecz jak dotąd niespotykana w rodzimej, komediowej manierze. Pieczołowicie dobrana scenografia, kostiumy oraz lśniące, ciepłe i analogowe barwy dodają filmowi dostojności i smakowitości w klimacie retro. Nie mniejszą przyjemność dostarcza znakomita ścieżka dźwiękowa, której największym walorem jest jej jazzowo-klasyczna eklektyczność. Muzyka skomponowana przez Michała Woźniaka, a wykonywana przez Jacka Królika, Wojciecha Fedkowicza, Roberta Kubiszyna, Leszka Szczerby i innych artystów jest zaskakująco zaaranżowana i zdaje się momentami odgrywać pierwszoplanową rolę w filmie, inteligentnie wodząc emocjami widza. Jakże imponujące jest to, że wreszcie poświęcono tyle uwagi na muzyczno-wizualne aspekty komedii.

Upragniony powiew świeżości, którego dostarcza „Pani z przedszkola” polega przede wszystkim na odejściu od wszystkich dotychczasowych klisz i standardów tego absolutnie niewykorzystanego w Polsce gatunku. Warto podkreślić, a właściwie ostrzec widzów, że nie jest to komedia „gagowa”. Zwiastun filmu sprowadza w błąd i zdaje się być zabiegiem ukierunkowanym na zdobycie jak najszerszej publiczności – co przecież nie może być zarzutem, gdyż taka jest jego zasadnicza funkcja. Ostrzegam jednak fanów „Wyjazdu integracyjnego”, „Wkręconych” czy „Pokaż kotku, co masz w środku”, że wszystkie „najlepsze” gagi są w zwiastunie. Film śmieszy z innego powodu, który, mam nadzieję, będą mieli Państwo przyjemność poznać już 25 grudnia. Mi pozostaje jedynie stwierdzić, że z przyjemnością wreszcie obejrzałem dobre, świetnie zagrane, śmieszne i inteligentne, polskie kino.

Tomasz Samołyk

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s