Polskość to normalność

Wraz z 11 listopada do debaty publicznej wracają odwieczne dywagacje na temat polskości, patriotyzmu i zbiorowego portretu Polaków. Każdy kto żyje w naszym kraju dłużej niż kilka lat, zna na pamięć tezy i argumenty padające z każdej ze stron dobrze znanej, żelaznej barykady. Coraz trudniej oprzeć się wrażeniu, że panujące nad nami gadające głowy opowiadają o narodzie, z którym nie mamy do czynienia na co dzień.

Bez względu na to kim jesteśmy, jaki reprezentujemy światopogląd i w jakiej wierze (bądź niewierze) zostaliśmy wychowani, historia Polski jest naszą tożsamością. Odcinanie się od niej jest wyrazem wysokiego stopnia ignorancji. Znajomość polskich dziejów pozwala zrozumieć realny związek naszej mentalności z historycznymi traumami czy tryumfami. Daje odpowiedź na pytanie, czy przez psychiczne skrzywienie reagujemy na współczesność z histerią czy być może jesteśmy „barbarzyńskim plemieniem wśród sztucznych jezior i puszcz elektrycznych” jak pisał Zbigniew Herbert.

Każdego dnia stajemy przed alegorycznym wyborem: albo bierzemy piłeczkę pingpongową i odbijając ją od ściany wierzymy, że uda się nam ją kiedyś przebić albo wychodzimy ze strefy komfortu bezrefleksyjnego naparzania przeciwnika i stawiając choćby najmniejszy krok, zmieniamy rzeczywistość. Być może tlący się we mnie młodzieńczy idealizm ciągle skłania mnie do działania zgodnie z zasadami opcji drugiej. Jestem bowiem żywo przekonany – trzymając się powyższego porównania – że odbijając się od naszego prawackiego czy lewackiego przeciwnika, umrzemy w oparach tej syzyfowej wojny. Lepiej uznać, że różni nas bardzo dużo i niewiele jest w stanie to zmienić. U podstawy działania niech łączy nas jednak jeden fakt: wszyscy jesteśmy Polakami i mamy mnóstwo wspólnych interesów. Nie jesteśmy „Biedakami Cebulakami”. Nie jesteśmy narzekającym narodem zakompleksionych wieśniaków. Nie jesteśmy ułomni i skazani na porażkę. Nie różnimy się niczym od Niemców, Francuzów czy Anglików, choć ciągle nie jestem w stanie pojąć tego, jak lubimy od nich o sobie słuchać. Jesteśmy normalni.

Znając instynktowne odruchy bezwarunkowe każdego z nas, nie zająknę się o żadnej wizji patriotyzmu, o wolnej czy okupowanej Polsce czy o tym, w którym marszu powinniśmy uczestniczyć. Rzecz jasna nie jestem androidem i mam swój światopogląd, przekonania i idee. Zbędne jest po prostu odnotowywanie kolejnego głosu, który niczym wspomniana piłeczka pingpongowa będzie odbijała się od ściany. Spróbujmy znaleźć wspólny interes i zerknąć na siebie z boku, by uświadomić sobie, że wszystko to co nam się wmawia, jest czystą iluzją i fałszem.

Portret Narodowy Polaków

… nie istnieje. To sfera najbardziej banalnych stereotypów, uogólnień i niepopartych logicznie tez. Z przyjemnością wysłucham wszystkich znanych mi twierdzeń, że jesteśmy pijakami, leniami, chamami, brudasami, tandeciarzami, politycznymi głupkami, analfabetami, rusofobami, ksenofobami i antysemitami. Abstrahuję od faktu, że nie spotkałem w swoim życiu (nie w mediach) tylko i wyłącznie takich przedstawicieli jakiejkolwiek z powyższych grup. Oczywiste jest, że każdy z nas może wskazać dokładnie tyle samo osób przejawiających wartości i postawy przeciwne do wspomnianych. Dostaję mdłości, gdy słyszę te wszystkie niekończące się akty samobiczowania.

Urodziłem się w Krakowie. Większość życia spędziłem w Kępiu Zaleszańskim – małej miejscowości w województwie podkarpackim. Studia prawa odbyłem we Wrocławiu, po czym wróciłem do byłej stolicy Polski. Poznałem i spotkałem mnóstwo skrajnie różniących się od siebie ludzi i jestem przekonany, że nachalnie podawany nam narodowy autoportret to zbiór karkołomnych i nieuczciwych twierdzeń. Wyśmiewanych stereotypowych „Januszy” czy „Cebulaków”, chodzących w sandałach założonych na stopy ubrane w skarpety, widziałem tyle samo we Wrocławiu czy w Krakowie, co w rodzinnej miejscowości. Z kolei mieszkając w Kępiu Zaleszańskim, widziałem zza swojego okna dom, w którym wychowywała się Joanna Jóźwik – brązowa medalistka Mistrzostw Europy w Zurychu w biegu na 800 metrów – mowa o tej osobie. Wszędzie za to miałem do czynienia z konglomeratem ludzi pięknych – oczywiście: nieopisanie różnych i wielobarwnych. Nie da się jednak na podstawie chociażby sympatii politycznych czy właśnie miejsca zamieszkania powiedzieć, że na zachodzie Polski mieszkają ludzie bardziej „postępowi”, a na w wschodzie bardziej „honorowi”. Nie istnieje wmawiany nam nieustannie podział na Polaków lepszych czy gorszych, a z pewnością nie przebiega on wzdłuż jakiejkolwiek granicy geograficznej, światopoglądowej czy ideowej. Gdy choć na chwilę odwrócimy głowę od medialnego zgiełku w stronę otaczających nas na co dzień ludzi, to szybko okaże się, że dobrym przyjacielem jest nasz światopoglądowy antagonista, a osoba której ufamy mniej, jest naszym odzwierciedleniem. Uproszczenia się sprzedają, a kontrasty są wygodne. Dobrze jest jednak mieć świadomość, że niewiele mają wspólnego z rzeczywistością.

Słuchając bezgranicznej samokrytyki, wyrabiamy sobie podświadome przekonanie, że jesteśmy narodem nieudaczników i że każdy nasz sukces jest dziełem przypadku lub niewartym uwagi wydarzeniem. Jakże ciężko nam się przekonać chociażby do tego, że tylko z powodu przypadku lub predestynacji, Janusz Gajos z racji swojego światowego talentu i umiejętności nie jest tak szeroko ceniony jak Robert De Niro czy Jack Nicholson. Prawdopodobnie nie wiedzieliśmy, że Henryk Mikołaj Górecki i Zbigniew Preisner to kompozytorzy uznawani w świecie za artystów najwybitniejszych, których dzieła znalazły się w ścieżce dźwiękowej do najlepszego filmu XXI wieku w reżyserii Paolo Sorrentino pt. „Wielkie piękno”. Ciągle wpatrzeni i błędnie przekonywani o wyższości Zachodu nad Polską nie dostrzegamy, że dosłownie niczym nie różni się w gatunku muzyki alternatywnej zespół Ścianka od swoich zagranicznych odpowiedników (właściwie charakteru dzieł genialnego Macieja Cieślaka nie można porównać do jakiegokolwiek innego człowieka w Europie czy Stanach Zjednoczonych). Abstrahując od większych lub mniejszych osiągnięć sportowych, jak choćby wyśmiewane i spłycane do kategorii cudu lub przypadku ostatnie zwycięstwo nad mistrzami świata w piłce nożnej, być może nie wiemy, że wynalezienie pierwszego projektora filmowego, przypisywane braciom Lumiere, jest de facto było dziełem Kazimierza Prószyńskiego, że wynalazcą powszechnie używanego harmonogramu organizacji pracy był Karol Adamiecki, a wykrywacza min Józef Kosacki i Andrzej Garboś. O wszystkich bardziej znanych polskich osiągnięciach prawdopodobnie wiemy i nie ma potrzeby ich przywoływać. Z jakichś jednak powodów wolimy o nich dużo nie mówić. Wmawia się nam, że jesteśmy narodem lubującym się w martyrologii i czczeniu tragicznych porażek. Gdy chcemy podkreślić nasz sukces – dostajemy batem po głowie i sprowadzeni do parteru słyszymy, że Polakom nie mogło się udać. Narzekamy, że jesteśmy przeciętni. Ślepo wpatrując się we wszystkie „błogosławione”, zachodnie dobra, nie szukamy w rodzimej kulturze jakiejkolwiek wartości. Jakże to przykre i budujące jednocześnie, że jeden z najwybitniejszych reżyserów naszego globu, Martin Scorsese (twórca takich filmów jak „Wściekły byk”, „Taksówkarz”, „Kasyno” czy „Chłopcy z ferajny”), stał się największym mecenasem naszej kinematografii w historii – o całej sprawie tutaj.

Być może uda mi się wywołać jedynie wrażenie, że poszukując rzeczy, które powinny nas łączyć, otrzymam wiadomość zwrotną, że desperacko szukam wyjątków w naszej bezgranicznej ułomności. A może po raz kolejny, totalnie niezrozumiany, zostanę wepchnięty w wygodną kategorię jednej z naparzających się drużyn (jak wskutek tego artykułu). Ja jednak nie chcę odbijać piłeczki od ściany i umrzeć w poczuciu marazmu.

Zagubieni i codziennie ogłuszani nie potrafimy dostrzec drzemiących w nas pięknych instynktów, które zdolne są do realizacji rzeczy największych. Dlatego, dla najprostszego eksperymentu, wyłączmy dzisiaj telewizję. Spójrzmy na siebie wreszcie łaskawym okiem – z własnego punktu widzenia. Owszem nie jest też prawdą, że polski naród jest wspólnotą nieposiadającą wad. Jesteśmy ludźmi. Składamy się z całej palety ułomności i niedoskonałości, którą jednak nie wyznaczają barwy narodowe, lecz nasze człowieczeństwo. Kluczem do powodzenia jest podświadome przyjęcie dwóch rzeczy: żaden z nas nie jest lepszym Polakiem od drugiego, a jako wspólnota nie jesteśmy narodem straceńców. Jesteśmy normalni.

Tomasz Samołyk

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s