Interstellar: piękny spektakl rozczarowań [RECENZJA]

Najnowszy film Christophera Nolana pt. „Interstellar” to dzieło z ambicjami na legendarne science-fiction. Kiedy wyszedłem z seansu nie mogłem jednak oprzeć się wrażeniu, że właśnie opuściłem imprezę, o której epickości zapewniano mnie od lat. Tymczasem okazało się, że było to „tylko” lekko ponadstandardowe, cotygodniowe, piątkowe picie – wielka walka genialnych minut z doskwierającym bólem głowy.

Już sam prolog filmu wprowadza nas w rzeczywistości, w której okazuje się, że czas przebywania ludzkości na Ziemi dobiega końca. Cała oś filmu sprowadza się do przedstawienia najważniejszej ekspedycji w dziejach naszej planety, której celem jest ocalenie ludzkości i odnalezienie dla niej nowego miejsca do życia.

Każdy kto zna dokonania Christophera Nolana wie, że reżyser słynie z mocno określonego rodzaju filmów, które w ogólności można byłoby określić jako zgrabne połączenie obrazów mainstreamowych z ambitnym kinem dla osób, które cenią sobie coś więcej niż bezrefleksyjna rozrywka. W celu zgłębienia tematu, serdecznie polecam lekturę tekstu, którego autorem jest prawdopodobnie największy fan Nolana w Polsce, mój kolega z redakcji, Dominik Sobolewski – do wglądu tutaj. Twórcę takich filmów jak „Memento”, „Incepcja” czy trylogia o Batmanie, nigdy nie zajmowało tworzenie dramatów, kreowanie złożonych relacji uczuciowych czy analizowanie tematów, które potocznie można określić jako „życiowe”. Nieuczciwe byłoby stawianie tego uniku reżysera jako zarzut, ponieważ Nolan bardzo konsekwentnie, „przykrywał” sferę emocjonalną za pomocą wielowarstwowych scenariuszy, pionierskich wizji czy wyżej wspomnianej „ambitnej rozrywki”. Z jakichś powodów, w filmie „Interstellar” poświęca tej części sporo miejsca. I na tym, moim zdaniem, przegrywa.

Scenariusz filmu to właściwie dwie płaszczyzny. Jedna z nich to próba przedstawienia ogółu teorii naukowych, dotyczących mostu Einsteina-Rosena, teorii strun czy wątków czarnej dziury i, upraszczając, podróży w czasie. Przestrzenią, której film poświęca równie dużo uwagi jest relacja ojca z córką oraz miłość, która „zwycięża wszystko”. Będę w stanie zrozumieć tezy zwolenników filmu, którzy być może stwierdzą, że przywiązanie zbyt dużej uwagi warstwie, która ukazuje emocjonalne związki bohaterów jest mniej istotna dla przekazu filmu. Ja jednak nie jestem w stanie zachwycić się nowym dziełem Nolana w całości z powodu właśnie zbyt dużego położenia środka ciężkości na tę sferę. Scenariusz filmu „Interstellar” wręcz naszpikowany jest dialogami, które cechuje banał, patetyczna sztuczność i nieautentyczność. Uważam, że Nolan po prostu nie potrafi inteligentnie przedstawiać emocji. Często pisze nieznośnie „wprost” oraz przedstawia rozterki i stan umysłu bohaterów za pomocą łopaty. Nigdy nie krytykowałem Nolana za tę cechę, bo przecież każdy twórca ma swoje mocne i złe strony i posiada talenty zogniskowane w określonym punkcie. Np. taki Jim Jarmusch nie byłby w stanie zrobić „Gwiezdnych wojen”, a Nolan nie dałby rady właściwie ująć krotochwilnych obrazów Jima, które przez jego hejterów, określane są jako „filmy o niczym”. Wszystko sprowadza się do tego, żeby znać swoją niedoskonałość tj. nie dotykać obszarów, w których nie czujemy się pewnym. Christopher Nolan popełnił ten błąd i długo mu tego nie wybaczę.

Jednak kiedy wybiegamy poza ludzką relacje w kosmos, doznajemy ekstatycznych wizualnych zawrotów głowy. Bez wątpienia ciężko w najbliższym czasie będzie przebić te wyjątkowe obrazy. Niektórych pionierskich wizji nie da się po prostu opisać. Bywa, że kompilacja monumentalnej muzyki Hansa Zimmera z przedstawieniem przestrzeni kosmicznej zapiera dech w piersiach na tyle, że chce się płakać z zachwytu.

Mówiąc o poziomie aktorskim należy wspomnieć, że pierwsze 45 minut filmu jest okropne. Naprawdę nie widzę żadnej różnicy między kinem z kategorii banalnych „okruchów życia”, a tym feralnym początkiem filmu Nolana. Jest jednak jedna osoba, która sprawia, że da się przez to przebrnąć. To Matthew McConaughey. Opis ewolucji tego aktora, jego kunsztu przejawiającego się w sposobie przedstawiania emocji – nawet tych topornie napisanych – to materiał na osobny felieton. Jeżeli Matthew choćby utrzyma swój ekstremalnie wysoki poziom do końca swojego życia, to jestem przekonany, że stanie się jedną z ikon kina XXI wieku. Niemal porównywalnie dobrej kreacji dostarcza Jessica Chastain, odrywająca rolę dorosłej córki Coopera (którego gra właśnie McConaughey). Poza tymi dwoma rolami, na polu aktorskim, jest raczej marnie. Anne Hathaway jest w moich oczach irracjonalna, nieprzekonywująca, a momentami nawet irytująca. Michael Caine znowu „odgrywa swoje” tzn. tworzy kolejną identyczną postać w porównaniu do poprzednich filmów Nolana. Zdaje się jednak robić to wyjątkowo „nijako” przez co odgrywana przez niego postać Profesora Branda jest płaska i do bólu sztampowa. Reszty aktorów nie pamiętam. Za wszystkich bardzo żałuję.

Będąc ostrożnym by nie powiedzieć za wiele, trzeba stwierdzić, że Nolan podjął się tematu, którego nie ośmielił się pokazać na ekranie nikt przed nim. Sposób przedstawienia naukowych idei z pewnością wywoła skrajne opinie u widzów. Stajemy tu bowiem przed zadaniem materialnego ukazania wielkiej transcendecji. Ja nie zostałem kupiony, choć wyobrażam sobie, że u wielu z Was będzie inaczej. Mi zabrakło większego niedopowiedzenia – złożonej zagadki i pola do rozmyślań nad rzeczami, które są przecież niepojęte dla rozumu współczesnego człowieka. Nolan podaje wręcz gotowe rozwiązania, pozostawiając, moim zdaniem, zbyt mało pola do szukania ich za pomocą własnego, niedoskonałego rozumu.

Istnieje grupa reżyserów wybitnych. Gdy krytykuję któregoś z nich, czuję się jak grający na gitarze harcerz, który ocenia koncerty Jima Hendrixa. Christopher Nolan do tej ekipy twórców z pewnością się zalicza. Jest też pewna prawidłowość co do tej grupy, która powoduje, że oceniając film jako niezbyt udany, narażam się na pewnego rodzaju niezrozumienie. „Interstellar” nie jest filmem do szpiku kości złym. Jednak co do pewnych osób poprzeczkę stawiamy niezwykle wysoko. Moje wygórowne oczekiwania nie zostały spełnione. Pomimo kilku momentów ocierających się o geniusz, „Interstellar” stał się dla mnie najgorszym filmem w karierze Christophera Nolana. Najgorszym spośród wielu wybitnych.

Tomasz Samołyk

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s