Samorządowe Obywatelstwo Polskie

Truizmem jest stwierdzenie, że każdy ponosi odpowiedzialność za swój wybór. Skutki, które wynikają z uchwalanych aktów prawa miejscowego, odczuwamy na własnej skórze w sposób najbardziej namacalny. Narastającą frustrację wywołuje we mnie nie tylko fakt, że przeciętny Polak traktuje udział w wyborach jako fanaberię, ale przede wszystkim, że nie czuje się odpowiedzialny za zawód, jaki sprawia mu wybrany przez niego kandydat.

Wątek społeczeństwa obywatelskiego przerabiany był w Polsce już na tyle sposobów, że wysnuwanie kolejnych teorii na ten temat wydaje się absolutnie zbędne. Znamy cały katalog pojękiwania o tym, że nie korzystamy z dobrodziejstw demokracji ponieważ jesteśmy przekonani, że „i tak nic się nie zmieni”. Na przestrzeni lat spotkaliśmy się z niezliczoną ilością akcji społecznych, których sens można byłoby skwitować banalnym stwierdzeniem: „twój głos ma znaczenie, idź na wybory”. Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że forma i skuteczność tego typu działań w swojej trywialności balansuje na granicy skuteczności minimalnej. Budowanie postawy obywatelskiej za pomocą takich instrumentów jest przejawem nieznajomości problemu. Jest niczym mówienie osobie chorej: „wyzdrowiej, proszę”. Jeżeli nikt nie ma najmniejszej ochoty, by nas prawdziwie zainspirować – zróbmy to sami.

Zdaję sobie sprawę z faktu, iż przed wylewaniem swoich pretensji wobec ignoranckiej postawy obywatelskiej przeciętnego Polaka, należy wziąć pod uwagę przebieg naszej najnowszej historii. Ukształtowana mentalność większości z nas, zrodzona gdzieś w przygnębiającym PRL-u, naznaczyła nas zbyt mocno. Podświadome „odejście” od czasów kiedy jakakolwiek inicjatywa była nie tylko niedoceniana, ale wręcz nietolerowana, bez wątpienia wymaga czasu. Zachowując proporcje, trudno się oprzeć wrażeniu, iż współczesne „wodzenie” obywatelem ma podobną formę. Łatwiej przecież kontroluje się bezwładną i uśpioną masę, niż twórcze i składające się z kreatywnych jednostek społeczeństwo. Społeczeństwo, które mogłoby przecież zacząć zachowywać się „niewygodnie”.

Nie usprawiedliwia to jednak nas. Miejmy świadomość, iż bezskuteczne jest przecież wydanie niedoświadczonej osobie z połamanymi nogami rozkazu, o treści: „idź na Mount Everest”. Trzymając się tego porównania, najpierw należałoby wyleczyć nogi, potem przebrnąć przez stosowny kurs wspinaczkowy i dopiero po wielu latach zmagania się z niższymi szczytami, spróbować czegoś więcej. Najdłuższa podróż jednak zawsze zaczyna się od pierwszego kroku – impulsu, który sprawi, że zapragniemy wspiąć się na poziom najwyższy. Posiadamy swoje bogate tradycje obywatelskości. Wspomnę jedynie o ideach okresu międzywojennego, kiedy to dzięki pracy organicznej i właśnie obywatelskości, odnieśliśmy jeden z największych sukcesów w naszej historii – wybiliśmy się na niepodległość.

My, urodzeni i wychowani od 25 lat w państwie, którego paradygmatem nie stało się służenie obywatelowi, lecz „sterowanie” nim przy pomocy instrumentów tak powszechnie znanych i zużytych, przestaliśmy wierzyć, że cokolwiek od nas zależy. Często zerkając na Zachód zastanawiamy się nad potęgą jaką udało się osiągnąć Amerykanom i nie zdajemy sobie sprawy, że źródłem tego sukcesu były dwie wartości: wolność i samorządność. Przeciętny obywatel amerykański poświęca tygodniowo kilka godzin na działalność społeczną. Nieudzielanie się w lokalnych organizacjach i niedziałanie na rzecz dobra wspólnego powoduje, że taki obywatel staje się po prostu nieszanowany. Jednak do wszelkich inicjatyw Amerykanie są permanentnie inspirowani. Nie znają skrępowanego i wszechwładnego państwa, które czyha zza każdego rogu i wyczekuje potknięcia. Nie mają pojęcia o irracjonalnych barierach i ograniczeniach. Taka konstrukcja oparta jest na moralnym przekonaniu, że każdy człowiek – bez względu na rasę, wyznanie czy światopogląd – jest podmiotem niezwykle wartościowym. Każdego uznaje się za osobę o wielkiej wartości, wynikającej ze szlachetności człowieczeństwa.

Potrzeba rzeczy zasadniczej: zrozumienia, że mamy wspólny interes – bez względu na to, jak wielka jest przepaść indywidualnych różnic między nami. Musimy nauczyć się działania w lokalnych inicjatywach i doszukiwania się choćby z pozoru najmniej istotnych potrzeb wspólnych. Bo jakie znaczenie ma to, czy wierzymy w Boga czy nie, gdy chcemy stworzyć miejsce, w którym w kreatywny sposób nasze dzieci mogłyby spędzać czas po szkole? W czym przeszkadza to, że popieramy jedną ze wzajemnie zwalczających się partii, gdy potrzebujemy nowej sieci kanalizacji, drogi do pracy czy zrealizowania jakiegoś projektu dla naszych starszych już rodziców? Mamy mnóstwo wspólnych interesów, wynikających z naszych tożsamych potrzeb. Gdy je zdefiniujemy, szybko zorientujemy się, że to permanentne antagonizowanie nas przez gadające nad nami głowy, bazuje na najniższych emocjonalnych instynktach i nie ma najmniejszego znaczenia dla naszego codziennego życia. Szczególnie doniosłe znaczenie ma to przy wyborach samorządowych, w których wybieramy dobrze znanych nam ludzi z sąsiedztwa. Ludzi, którzy na co dzień – w sposób wręcz autorytatywny – będą rozstrzygać o naszych losach.

Oczywiście wyzwaniem dla najwybitniejszego psychologa czy umysłowego stratega jest uświadomienie obywatelowi, że tak naprawdę wszystko od niego zależy – mimo, że z pozoru może to brzmieć jak banał. To nasz bezpośredni i absolutnie znaczący wybór. Przekonywanie do tego jest szczególnie trudne z tego powodu, że jest do bólu logiczne. We wszystkim przeszkadza nam codzienny jazgot, który kalibruje nasze umysły i każe wybierać emocjami.

Każdego dnia otwierają się przed nami piękne widoki i niezliczone pola możliwości. Możemy doznać i wykorzystać je tylko wtedy, gdy osiągniemy ten stopień obywatelskiej dojrzałości, w którym uświadomimy sobie istotę i wagę zadań stawianych nam przez pokolenia przeszłe i te, za które będziemy odpowiedzialni. Nie można jednak ulec bezrefleksyjnej iluzji przeczącej istocie demokracji, że rządzi nami ktoś inny niż my sami oraz, że ktoś inny jest dysponentem naszego kraju. Czuję, że od kilkunastu lat, w każdej chwili ktoś stara się skorzystać z mojej słabości czy głupoty tylko po to, by pogrążyć mnie w tragicznym marazmie pt. „nic od ciebie, biedny człowieku, nie zależy”. Czuję, że ktoś ciągle czeka na moment, w którym my Polacy się rozbijemy, pokłócimy i poróżnimy na śmierć. Czuję, że ten ktoś nas wtedy wykończy.

Tomasz Samołyk

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s