Wszyscy Święci kochaliby Hartmana

Pierwszą ofiarą wojny jest prawda. Jeżeli przyjmiemy, że codziennie w naszym kraju toczy się wojna polsko-polska, to znaczy, że tak naprawdę nie wiemy nic o jej zasadach. Szczególnie widać to przy okazji 1-go listopada, kiedy jedni bawią się w Halloween, a drudzy odwiedzają groby bliskich. Podział ten jest oczywiście sztuczny i logicznie niedoskonały, a wojna między tymi środowiskami – wydumana. Jednak ukrytą prawdą jest to, że początek listopada to przede wszystkim dzień Wszystkich Świętych. Jedno z najbardziej entuzjastycznych świąt w ciągu roku, którego charakter może być szokujący nie tylko dla niewierzących, ale również dla katolików.

Jest taki pierwszy moment u części z nas, kiedy czytamy artykuł publicystyczny i chcemy jak najszybciej „wybadać”, czy jego autor jest lewakiem czy prawakiem. Gdy już zorientujemy się z kim mamy do czynienia, zamykają się nam pewne klapki i jednocześnie uruchamiają konkretne wyuczone odruchy/reakcje/riposty o charakterze quazi-bezwarunkowym. Dystans, chłód i próba zrozumienia antagonisty odchodzą w siną dal, ustępując miejsca rozbuchanym emocjom. W ten sposób powstaje „hedonista, leming i największe zło współczesnej Polski” prof. Jan Hartman oraz „nienawistnik, mizogin, zaściankowiec” katolik. Światła się zapalają. Czerwona lampka zaczyna migać. Kurtyna w górę i rozpoczynamy kolejny odcinek ulubionego show.

Niektórzy z nas, dopingując swojej drużynie, fanatycznie uczestniczą w tej wojnie. Inni pozostają bierni czy wręcz posuwają się do skrajnie ignoranckiego podejścia, że nic się nie da zmienić i nic od nas nie zależy. Faktem jednak najbardziej przerażającym jest to, że coraz bardziej się od siebie oddalamy. I być może nie jest to wina wyżej zarysowanego, jałowego show. Być może to odwieczny lament nad atrakcyjnością konsumpcyjną skandalu, konfliktu i ideologicznego sporu. W dzień Wszystkich Świętych targa mną jednak refleksja nt. świętości – wartości uniwersalnej dla każdego z nas. Uważam, że najskuteczniejszą metodą w dezintegracji gatunku ludzkiego jest codziennie serwowana nam dezinformacja i tworzenie chaosu we wzajemnej komunikacji. Wszczepiany nam w skórę pancerz, wrósł się w nią na dobre. Ciągle ględzimy. Ciągle gadamy. Wiele lat temu przestaliśmy po prostu słuchać.

Jestem zmuszony do pewnego generalizowania, choć go nie znoszę. Definiując problemy w funkcjonowaniu zmysłu słuchu u katolickich „zaściankowców” czy „nihilistycznych” ateistów, z pewnością narażę się na zarzuty nieścisłości i logicznej niepoprawności. Wymogiem wszelkiej diagnozy jest jednak konieczność pewnego pogrupowania. Kwestia poglądów i postaw autora tego tekstu jest nieistotna, bo jak pyszny i wyzbyty pokory musi być ktoś, kto kogokolwiek ocenia. Nie warto komuś takiemu poświęcać uwagi. Zachęcam do potraktowania niniejszego wywodu jako subiektywnej obserwacji. Rozmawiajmy. Nie oceniajmy się.

Chrześcijanie [współcześnie: kato-komuna, faszole, mohery, ciemnogród]

Nie ulega wątpliwości, że dzień „Wszystkich Świętych” to rzymskokatolicka uroczystość. Chrześcijanie oddają z tej okazji cześć wszystkim znanym i nieznanym świętym. To doskonała okazja do refleksji na temat świętości. W wielkim uproszczeniu, dążenie do świętości polega na wypełnianiu woli Boga, które prowadzi do zbawienia, co stanowi najwyższy cel życiowy każdego wierzącego. Mam takie wrażenie, że dla większości współczesnych chrześcijan, a szczególnie katolików, najważniejszy jest dekalog. Gdy zapytamy przeciętnego wierzącego o to czym się kieruje i co wyznacza jego moralny kręgosłup – bez wątpienia zazwyczaj usłyszymy: dziesięć przykazań ze Starego Testamentu. Ta postawa wydaje mi się całkowicie słuszna, przy czym w jej pełnej afirmacji przeszkadza mi zwracanie mniejszej uwagi na to, czym chrześcijaństwo jest już nawet z samej nazwy. W swoim pojęciu zawiera ono przecież postać Chrystusa, którego nauczanie stanowi fundament i absolutną podstawę tego wyznania. Gdy przyjrzymy się owemu nauczaniu nieco bliżej, zorientujemy się, że Jezusowi chodziło właściwie tylko o jedno: o bezgraniczną miłość. To cnota, której chrześcijanom często brakuje, a którą Wszyscy Święci z wielką skrupulatnością pielęgnowali. Nie jeździli na rydwanach, nie chodzili w sukmanach i nie skupiali się wyłącznie na wielogodzinnych pobożnych praktykach. Przede wszystkim kochali. I ośmielam się głośno wysnuć podejrzenie, że tym właśnie zyskali sobie łaskę Boga.

Gdy choć pobieżnie prześledzimy to, czego nauczał Chrystus to bez wątpienia zauważymy jedno: On bez przerwy mówił o miłości. Na przestrzeni właściwie całego Nowego Testamentu, a więc tej części Pisma Świętego, która opisuje świat od narodzin Chrystusa, miłość ukazywana jest w nierozerwalnej zależności: nie ma miłości do Boga bez miłości do bliźniego i nie ma miłości do bliźniego bez miłości do Boga. Chrystus dał Nowe Przykazanie. Rozpoczął absolutnie nową erę. Miłość, jako myśl przewodnia Chrystusowego nauczania, stanowi wprost najwyższy cel i klucz do całego Prawa (Mk 12, 28-33). Biblia oczywiście nie zamyka podmiotu miłości, a więc bliźniego, do jakiejś skonkretyzowanej grupy. Nie są to zatem np. tylko ludzie wierzący. Co więcej, nauka Chrystusa wywyższa miłość do nieprzyjaciół, stanowiąc o tym, że miłowanie ludzi, którzy darzą nas sympatią nie jest żadnym szczególnym wyzwaniem (Mt 5,43-47 oraz Łk 10, 29-37). To miłość, która nikogo nie ma w pogardzie (Łk 14, 13; 7, 39) i jest miłością uniwersalną, absolutnie powszechną, która nie uznaje żadnych barier społecznych czy rasowych (Gal 3,28). Poza tym Chrystus namawia do pięknych gestów względem swoich przeciwników (Mt 5, 23-26) oraz do odpłacania się dobrem za zło (Rz 12, 14-21 i Ef 4,25 – 5,2).

Tyle – w naprawdę ogromnym uproszczeniu i niemiarodajnym skrócie – mówi Chrystus. A jacy są współcześni katolicy? Miewają skłonność do stawiania niewierzących pod sobą, krytykowania ich za postawy, unoszenia się gniewem, obrażania, używania napastliwych zwrotów względem osób, które z Kościołem i religią „walczą”, a przede wszystkim do permanentnego oceniania: innych i siebie nawzajem. Wydaje mi się, że tracą z pola widzenia możliwość spojrzenia na wojującego z nimi ateistę ze spokojem, zrozumieniem i właśnie… miłością. Nie oznacza to akceptacji dla niekatolickich poglądów. Oznacza to permanentne, cierpliwe i spokojnie pielęgnowanie swojej zwartej postawy połączonej z miłowaniem antagonistycznego światopoglądowo człowieka, którego raczej należy próbować zrozumieć, niż zrażać do siebie i swojej religii. Ośmielam się stwierdzić, że prywatne postawy katolików to często jedyne Pismo Święte jakie w całym swoim życiu otworzy ateista czy osoba niewierzącą w chrześcijaństwo. Wydaje mi się, że lepiej żeby natknął się on tam na bezinteresowną i niezrozumiałą dla niego wielką miłość niż na atak, który mówiłby mu, że jego życie prowadzi do piekła, a „moje święte” nie. Spójrzmy na współczesne wyobrażenie o Świętych. Czy nawet niewierzący nie odczuwają wobec nich pewnego rodzaju respektu?

Niewierzący [współcześnie: lewaki, komuchy, hedoniści, zboczeńcy]

… a właściwie mam tu na myśli „niebędący katolikami”. Oni również zdają się nie przywiązywać dużej uwagi do poszanowania lub chociażby wysłuchania katolika. Zdając sobie sprawy z tego jak mocno niedookreślona jest ta grupa, wrzucę ją do pewnej kategorii jednocześnie podkreślając, że nie chcę nikogo krzywdzić czy pejoratywnie oceniać. Nie da się jednak ukryć, że na postawę braku miłości ze strony katolików, niewierzący uwielbiają odpowiadać kilkunastoma utartymi schematami, których wytrawny bezstronny widz się spodziewa, które otrzymuje i którymi jest już śmiertelnie znudzony. Trudnością wielką będzie wypunktowanie, a przede wszystkim wyartykułowanie wszystkich tych nieszczęsnych kontr. W zasadzie znowu trudno mieć tu do kogokolwiek pretensje bo pamiętajmy, że ciągle uczestniczymy w tej grze: jedni emocjonalne zapatrzeni, a drudzy nieznośnie wchodzący w dyskusje i zrównujący się z poziomem absurdu.

Jako osobie samoczynnie mianującej się na bezstronnego obserwatora, najbardziej przeszkadza u niewierzący brak wiedzy o Kościele połączony z wszemdobylskim się o nim wypowiadaniu: o tym, że katolicy są smutni i przygnębieni, że kazania są polityczne i nudne, że religia w szkołach straszna, że księża bogaci, a wierzący tacy ograniczeni. Jeden z najwybitniejszych duszpasterzy w naszym kraju, ks. Piotr Pawlukiewicz, wysnuł błyskotliwą diagnozę o tym, że Kościół ma swoje kebaby i swoje wykwintne restauracje. Zapytał wiernych, czy jeżeli mieliby przyjąć gościa z wielkiego zachodniego miasta, to czy przyjęliby go w budce z kebabem czy być może w jakiejś eleganckiej restauracji. Wysnuł w ten sposób paralelę, że jeżeli katolik jest człowiekiem wykształconym, inteligentnym, posiadającym szerokie horyzonty to taka osoba powinna mieć zakaz chodzenia do „parafialnych” kościołów. Wyjaśniał, iż takie kościoły to przestrzeń dla starszych kobiet, dla których wzorem do naśladowania będzie poczciwy proboszcz, który naprawi dach w kościele i powie średnie kazanie, ale tym zachowaniem wprawi tak zarysowaną społeczność w zachwyt. Podkreślił, że osoba o innej wrażliwości, powinna jeździć np. do Dominikanów lub Franciszkanów i tam rozkwitać. Powinna pójść do wykwintnej restauracji, bo ma inne potrzeby „kulinarne”. Podkreślił, że nie ma wśród tych grup ludzi „wierzących lepiej”. Są tylko ludzie wierzący „inaczej”. Jedni kochają The Beatles, inni rozpływają się przy Madonnie. I kto spośród nich jest lepszy?

Wydaje się, że nieopisany szok mogłaby wywołać u niewierzących wizyta np. w zakonie Dominikanów. Miejsca, w którym: realne wzruszenia, porywające kazania, co kilkunastominutowe wybuchające salwy śmiechu, ściskający sobie ręce radośni wierni, duchowny przechadzający się z lustrem wśród wiernych wskazujący „największych grzeszników” czy gromkie brawa wiernych w momencie, gdy duszpasterz podnosi nowo-ochrzczone dziecko – to wszystko absolutna codzienność, a nie żaden wyjątek. Bo przecież nie chodzi mi o to, że niewierzące „gwiazdy mediów” mylą się całkowicie. Wydaje się jedynie, że krzywdzą hordy ludzi uczestniczących w praktykach powyższych i stawiają się w pozycji wyższości nad tymi innymi, „parafialnymi”.

Wyjście z rzeczywistości medialnej, tj. miejsca, w którym katolicy obkładają przeciwnika brakiem miłości, a niewierzący stawiają Papieża Franciszka w opozycji do polskiego katolicyzmu – jakby niewiedząc lub ukrywając to, że Ojciec Święty „radykalnie” m.?in. mówił o tym, że wybór jest prosty: Bóg albo Szatan – to rzecz niezwykle trudna. Jestem jednak przekonany, iż każda próba podjęcia tej drogi przybliży nas wszystkich do lepszego świata. Do świata, którego cel wyznacza wymarzona świętość i wszechogarniające, ludzkie poszanowanie. Zbliży nas do obszaru normalnej świętości, której sposób pojmowania również padł ofiarą naszej miałkiej wojny.

Świętość Wszystkich Świętych

Sięgnijmy do źródeł. Jest taki fragment w Piśmie, który przedstawia rodowód Jezusa. To długa „wyliczanka” o tym, że najpierw był Abraham, potem Izaak, Jakub, Juda, Dawid… i tak dalej. Przy pierwszym wrażeniu ten fragment Pisma wydaje się zbędny i nudny. Nasuwa się proste pytanie: co te wszystkie imiona mają do mojego życia? Odpowiedź znajdziemy gdy nieco bardziej przyjrzymy się tym postaciom. Otóż np. Juda spotykał się z Tambar, która była prostytutką, a Dawid, wybitny król Izreala, okazał się największym ze zbrodniarzy, bo skazał niewinnego mężczyznę na śmierć tylko po to, żeby posiąść jego żonę. I oni wszyscy są w historii zbawienia Chrystusa. Wszyscy są w jego rodowodzie. Oto historia zbawienia usłana grzesznikami.

Św. Paweł zwracał się do „świętych z Koryntu”. Czy oni byli święci w naszym współczesnym rozumieniu? Św. Paweł pisał o zdradach, rozwiązłości seksualnej, przemądrzałości, elitarności i pysze narodu Koryntian – „świętego” narodu Koryntian. Uwierzcie, że oni nie byli doskonałymi ludźmi bez skazy. Paweł, widząc ich styl życia, pisał o nich per „święci” bo doskonale wiedział, że w ich sercach mieszka Duch i że są oni święci Jego świętością.

A kto był pierwszym świętym kanonizowanym przez Jezusa? Łotr. Wisiał na krzyżu prawdopodobnie za morderstwo. Nie miał się czym pochwalić. Dziś większość z nas skazałaby go na wieczne piekło.

O. Krzysztof Pałys mówił, że źródłem świętości nie jesteśmy my sami, lecz Bóg. Wspominał, że wielu katolików łączy dobro ze świętością i traktuje te sprawy nierozerwalnie, albo odrzuca świętość, bo wystarczy im tylko dobro pt. „nie chodzę do kościoła, bo wiele jest takich osób, którzy chodzą, a daleko im do tego, by być ludźmi dobrymi”. Tylko, że do kościoła nie chodzi się po to, by być dobrym, tylko świętym. Trzecia osoba Boska ma na imię Duch Święty, a nie Duch Dobry. Syn Boga nie przyszedł na ziemię po to, abyśmy byli dobrymi ludźmi, ponieważ i bez tego możemy tacy być. Przyszedł po to, żebyśmy byli święci. I dopiero z tej świętości wychodzi dobro, a nie na odwrót. Bo inaczej z chrześcijaństwa robi się czysta moralność i etyka, zamiast więź i żywa relacja z Bogiem. Chrześcijanie pierwszych wieków patrzyli na świętość bardzo prosto. Każdy, kto był w łasce uświęcającej, był święty, bo w jego sercu mieszka Duch. Koniec kropka. A świętość wynikająca z heroiczności to szczególne powołanie. Jeśli postawimy tylko na dobroć i doskonałość a nie świętość, to zawsze przegramy. Bo dobroć jest tylko na naszą miarę, a świętość jest owocem współpracy z Bogiem. Święty Paweł pisał w liście do Efezjan, że „łaską jesteśmy zbawieni, a nie przez uczynki, żebyśmy nie popadli w pychę i żeby człowiek się nie chlubił”. Jesteśmy święci mocą Boga bez względu na to, co my myślimy o sobie, bo Bóg zawsze ma lepsze zdanie o nas niż my sami.

Wniosek jest zatem spektakularny i niesamowicie optymistyczny. Nie musimy przeżyć życia dobrze. Nie musimy chlubić się naszą pobożnością lub byciem „dobrym niepraktykującym” czy „przyzwoitym niewierzącym”. Przestańmy ze sobą walczyć. Bo Bóg nie pyta o naszą grzeczność i doskonałość, lecz Bóg pyta wyłącznie o naszą zgodę. Bóg pyta: czy chcesz?

Tomasz Samołyk

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s