Wygrać z depresją generacji

W ciągu ostatnich dziesięciu lat, grupą najczęściej popełniających samobójstwa były osoby w wieku 23 – 29 lat. W ocenie starszego pokolenia jest to okres cudownej młodości i wstępu do pięknego życia. W oczach zarysowanej grupy to jednak często młodości koniec i moment natychmiastowego przyjęcia na swoje barki ponad 20-letniego ciężaru zwieńczonej beztroski. To wiek ludzi potężnie chorych na niezdiagnozowaną depresję. To pasmo zawodów miłosnych, lęków i dramatycznych wątpliwości w szukaniu sensu życia. To czas gwałtownego poszukiwania remedium na odczuwalne poczucie klęski: u bliskich, psychoanalityka, coachów motywacji czy Boga. Środek na potrzebę współodczuwania pt. „nie jestem sam” dostarcza również kino.

Symptomy

Reżyser Jan Ole Gerster w swoim debiutanckim filmie pt. „Oh Boy” przedstawia Cię w czarno-białych barwach. Jesteś zwykłą, pogubioną, młodą osobą. Rzuciłeś właśnie swoje poważne studia lub nosisz się z zamiarem, by wreszcie to zrobić. W podjęciu decyzji przeszkadza Ci jednak lęk przed alternatywną przyszłością, której perspektywa drastycznie rozmija się ze stawianymi Ci oczekiwaniami. Boisz się irracjonalnej stygmatyzacji, która określi Cię jako tego, który odniósł porażkę. Być może boisz się reakcji swoich rodziców, przyjaciół lub podopiecznych, z którymi może i straciłeś już dawno partnerski kontakt, ale wobec których ciągle odczuwasz rodzaj pewnej dziwnej odpowiedzialności za ich pragnienia. Chcesz zmiany kierunku, ale zbyt duże pokłady wrażliwości albo przytwierdzają Cię do ziemi albo czynią Cię wyjątkowo leniwym lub niezdecydowanym. Rzeczywistość Cię drażni. Wydaje Ci się, że ją przerastasz lub wręcz przeciwnie – nabierasz przekonania, że nigdy nie będziesz w stanie jej sprostać. Nie możesz zasnąć, bo w momentach globalnej ciszy staczasz niekończące się boje z sobą samym. Czasami myślisz: umarłbym, ale mi się nie chce.

Być może jednak marzysz o życiu, w którym pracując nie będziesz pracował. Może tak jak 22-letni Neal z filmu „Interstate 60”, odczuwasz napady frustracji z powodu braku ekonomiczno-pragmatycznych perspektyw działalności, której chciałbyś poświęcić swoje życie. Rozglądasz się wokół, obserwujesz i nie możesz uwierzyć, że w korporacjach, kancelariach prawniczych, zakładach medycznych i agencjach reklamowych widzisz osoby uzależnione od narkotyku zwanego „euforią”. W jednej ze scen filmu „Interstate 60” obserwujesz społeczność młodych ludzi, której charakter nasuwa bezpośrednie skojarzenia z tzw. „masą”, opisaną w doskonałej książce Jose Ortegi y Gasseta pt. „Bunt mas”. Są to ludzie osadzeni w bezrefleksyjnej pasywności, o bardzo ograniczonych ambicjach, których cechuje i spaja jedno, zasadnicze pojęcie: przeciętność. Być może – nawet samoczynnie i wbrew swojej woli – wkroczyłeś do masy, której egzystencja sprowadza się do zaspokajania najbardziej podstawowych potrzeb za pomocą prostego schematu: nierozwijąca praca/studia/zajęcia/etat w godzinach 8:00 – 16:00, powrót do domu z objawami znużenia lub skrajnego wyczerpania oraz popołudniowe zażywanie porcji „euforii”. Własnie w postaci tego narkotyku, „Interstate 60” przedstawia Ci jeden z najbardziej błyskotliwych obrazów części naszego młodego pokolenia. „Euforia” uspokaja, powoduje tępe samozadowolenie, redukuje wszelkie ponadprzeciętne ambicje do zera, a czasem – co jest w niej najgorsze – wywołuje niebezpieczną iluzję pychy i wyższości nad wszystkimi innymi osobami. Dodaje odurzonym fałszywego przekonania, że ich styl życia jest sukcesem, na który inni nie są w stanie sobie zapracować. Film przedstawia „euforię” w sposób przerażający, w który ja osobiście nie chcę uwierzyć. Dowiadujemy się bowiem, że ludzie w stanie „euforycznym” nigdy nie będą w stanie się ocknąć. Nie dostąpią momentu olśnienia i nie uświadomią sobie, że tkwią w przeciętności. Moja wiara polega na tym, że istnieje nadzieja na moment refleksji i w konsekwencji – przemiany swojego życia . Wierzę w moment wyjścia z fałszywego stanu „euforii”.

Diagnoza

Cierpisz na depresję generacji. Jesteś młodą osobą i tkwisz w stanie poczucia nieokreślonego marazmu.

Leczenie

Przede wszystkim warto spojrzeć na siebie samego z boku. Zapoznaj się z filmami „Oh, Boy!”, „Interstate 60” i dodaj być może do tego zestawu „Debiutantów” w reżyserii Mike’a Millsa – jeżeli dodatkowo wydaje Ci się, że urodziłeś się tylko po to, by doznawać permanentnych zawodów miłosnych. Wcielenie się w role bohaterów tych filmów może pomóc i sprawić, że uświadomisz sobie, że nie jesteś sam i że – jak z każdą chorobą – Twój stan nie jest w 100% spowodowany Twoją winą. Dowiesz się też, że nie jesteś uwarunkowany jakimś ewolucyjnym ukształtowaniem swojego mózgu. Wraz z obejrzeniem wymienionych filmów, prawdopodobnie naturalnie nasuną Ci się odpowiedzi na nurtujące Cię wątpliwości, których nie sposób przedstawić wprost, ponieważ każda odpowiedź ma mocno indywidualny charakter. Filmy uderzą w Twoje „status quo”. Mogą wstrzelić się w serce niczym inspirująca strzała Amora, albo wyczyścić mózgowe przedpole do poziomu pustki, która na początku być może wywoła uczucie niepokoju lecz z czasem przygarnie Ci przekonania, że pustka to najlepsze miejsce do budowania rzeczy pięknych.

Poza tym czasami warto zaufać teoriom spiskowym, które niektórzy określają jako „łączenie faktów i wyciąganie z nich wniosków”. Istnieje teoria oszałamiającego sukcesu, błyszczącej kariery i autentycznego, życiowego spełnienia. Według tej teorii, osiągnięcie celu w postaci tych trzech pożądanych spraw, zależy tylko i wyłącznie od pokładów Twojego zindywidualizowanego „źródła”. Najlepszą chwilą na odnalezienie swojego źródła niech będzie moment tuż po zakończeniu jednego z wymienionych trzech filmów, kiedy w dobrze znanym Ci pomieszczeniu będzie tak cicho, że usłyszysz bicie swojego serca. Wtedy powinieneś zrobić wszystko, by odnaleźć w sobie wewnętrzny krzyk. To wołanie może mieć bardzo różną postać. Może to być „mamo, tato, doceń mnie, dlaczego nigdy mnie nie docenialiście?”, a jeżeli kogoś takiego obok Ciebie nie było, to może to być każda inna osoba, którą kiedyś kochałeś, lubiłeś lub po prostu zależało Ci na jej opinii jak na niczym innym na świecie. „Krzykiem” może być też Twoje bagno kompleksów, które w przeszłości wykreował ogół Twoich niedoskonałości fizycznych, psychicznych, emocjonalnych lub jakichkolwiek innych przeżyć. To musi być płytka i bezpodstawna potrzeba udowadniania, że jesteś wartościowy i wielki, która wrzeszczy: ja też mogę zmienić świat. Może być ona oparta na egoizmie i pysze, bo odnalezienie w sobie „krzyku” to zaledwie pierwszy krok, od którego potem należy odstąpić. Musisz go jednak wykonać. Ten krok to najmocniejsze paliwo i stymulator do działania. Nie istnieje w człowieku silniejsze paliwo, więc aby stworzyć rzeczy wielkie, musisz użyć najsilniejszego narzędzia. Musisz zacząć łaknąć. Wzbudzić w sobie potrzebę bezgranicznego pragnienia, a gdy zostanie ono naturalnie stłumione, musisz pobudzać je na nowo w swoim ciemnym pokoju przemyśleń. Zastanów się też wtedy, czy warto słuchać wszystkich wokół. Skontrastuj swój krzyk pragnienia z wymaganiami innych i zdecyduj, która z tych dwóch rzeczy jest dla Ciebie ważniejsza. Odpowiedz sobie na pytanie, czy to Twoje życie czy być może jednak należy ono do kogoś innego. Gdy odnajdziesz już swój „krzyk” i gdy choć w najmniejszym szczególe zwieńczysz swoje dzieło, rychło zdasz sobie sprawę z marności swojej motywacji. Wtedy mimowolnie skrytykujesz swoją drogę, ale ona przestanie Ci już być potrzebna. Natomiast cel, który osiągnąłeś stanie się wielki. Będzie najwyższą formą powołania, bo zaczniesz traktować go jako błogosławieństwo – jako coś czym chcesz się dzielić, a nie coś co miało udowodnić komuś lub sobie samemu, że jesteś wartościowy. Twoje złe ego zgaśnie. Poczujesz się artystą, który stworzył najwyższy rodzaj sztuki. Zauroczysz innych swoim człowieczeństwem i wywołasz wdzięczność.

Spójrz jaki jestem mądry i jak Cię pouczam. Wiem, że wyczuwasz ten obłędny, moralizatorski ton 25-latka, któremu wydaje się, że zna odpowiedź na odwieczne pytanie „jak żyć?”. Spójrz jak pretensjonalny i śmiesznie patetyczny jestem w swoich słowach.

Być może to jednak tylko ten moment opowiadania wrażeń, kiedy po zakończeniu seansu filmowego chcesz z kumplami wymienić się swoimi spostrzeżeniami. Sztuka – również filmowa – jest piękna w tylko dwóch momentach: gdy wywołuje dyskusję oraz wówczas, gdy sprawia, że dorastasz do przekonania, że nie istnieje osoba, która ma wyłączność na przekazywaną przez nią jedyną prawdę obiektywną. Oto zatem moje tylko wrażenia i tak je, proszę, potraktuj.

Chciałbym pójść z Tobą na kawę w miejsce, w którym zza okna moglibyśmy obserwować ludzi naszej generacji. Chciałbym usiąść tam z Tobą i z przechodniów wybrać sobie kilku spośród nas: Niko z „Oh, Boya!”, Neala z „Interstate 60” oraz Annę i Olivera z „Debiutantów”. Chciałbym usłyszeć od Ciebie, co Ty o nich myślisz.

Tomasz Samołyk

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s